|
|
|
||||
|
Przygody kota Mazgaja |
|
|
|
Odcinek 8. Na ryby
Rybacy niezbyt chętnie dzielili się z nami zdobyczą. Rzadko leciała w naszym kierunku niewielka rybka, na którą niezwłocznie rzucał się tabun kocurów. Kotłowanina, piski i złorzeczenia powtarzały się za każdym razem. Te kilka marnych rybek nie mogło zaspokoić wilczych apetytów chmary kotów, uwielbiających przecież rybie mięso. Kostas odwołał nas na bok i robiąc szelmowską minę, szepnął: - Koledzy, tutaj nie mamy szans. Wejdźmy do jednej z łodzi, tam najemy się do syta! Miał rację. Podkradliśmy się do przybijającego do przystani kutra i niezauważeni przez nikogo wskoczyliśmy do środka. Zniewalające zapachy tłustych rybek wprawiły nas w dobry nastrój. Nie tracąc czasu, rozpoczęliśmy konsumpcję. Rybki znikały z pojemników jedna po drugiej w błyskawicznym tempie, a my ciągle nie mieliśmy dość. Chowaliśmy się na czas wyładunku, po czym wracaliśmy do nie wyniesionych jeszcze skrzynek. Żarliśmy bez opamiętania i umknęło naszej uwadze, że pozostała ostatnia skrzynka. Kiedy i ją wystawiono, byliśmy tak ociężali, że zabrakło nam już sił, aby opuścić pokład. Znalazłszy ustronne miejsce w tylnej części kutra, położyliśmy się wygodnie z zamiarem odpoczynku i strawienia obfitego śniadania. Niespodziewanie wrócili rybacy, sprawnie odcumowali łódź i zapuścili motor. Zerwaliśmy się na równe nogi. Kostas i Rykos bez chwili wahania wyskoczyli za burtę na pomost. Już, już miałem skakać i ja, ale łódź szarpnęła i szybko zaczęła oddalać się od brzegu.
Nie mogłem, nie umiem pływać i boję się wody. Skulony patrzyłem na malejącą przystań. Bujało niezgorzej, a ponieważ byłem obżarty, zaczęło mnie mdlić. Zeskoczyłem z burty na pokład i nie panując już nad niesfornym żołądkiem, zwróciłem naturze wszystko, co jej wcześniej zabrałem. Zawstydzony i zalękniony wślizgnąłem się pod zwój lin cumowych. Zmęczenie i stres zrobiły swoje - zapadłem w sen. Obudziły mnie głosy rybaków, którzy odkryli efekt niekontrolowanej reakcji mojego organizmu. Niebawem odkryli również moją kryjówkę. Wyciągnięty za kark drżałem ze strachu i pochlipując, patrzyłem w twarz rybaka. Wrzuci mnie do morza - przemknęła myśl jak strzała. Żegnaj świecie ... Ale mężczyzna wcale nie miał zbrodniczych zamiarów. Starą, zmęczoną twarz pooraną zmarszczkami rozjaśnił uśmiech, a w dużych, dobrych oczach zakręciły się łzy. Wiedziałem, że jestem uratowany. Rybak zaniósł mnie do kabiny, gdzie zajęli się mną jego koledzy. Połów już się zakończył, bo wszystkie skrzynki i pojemniki wypełniały morskie przysmaki. Częstowano mnie, ale nie mogłem patrzeć na ryby. Zdziwieni gospodarze w końcu dali mi spokój.
|
||
|
|
||