|
Odcinek
7. Piękność Nocy
Z
pobytu w Grecji mam wiele wspomnień, miłych i mniej przyjemnych.
Nie licząc podróży, mogę uznać te wakacje za udane.
Opowiem Wam kilka historii, które najbardziej utkwiły mi w
pamięci.
Drugiego
lub trzeciego dnia po przyjeździe poznałem dwa koty, które
zostały moimi kumplami. Rudzielec nazywał się Kostas, a smoluch -
ale nie taki czarny jak ja, bardziej wypłowiały - miał na imię
Rykos. Były to rozrabiaki spod ciemnej gwiazdy. Włóczykije,
dla których nie było rzeczy niemożliwej. Imponowały mi
odwagą i nonszalancją. Wchodziły bezpardonowo do apartamentów
zajmowanych przez turystów, żądały jedzenia, a wieczorem
zasypiały na ich łóżkach. Nie było sposobu na pozbycie się
intruzów, gdyż ze względu na upał okna mieszkań, a także
balkonów i tarasów pozostawały otwarte przez całą
noc.
Prym
wodził Kostas. Nieduży, chudy, szalenie zwinny umiał
podporządkować sobie Rykosa i mnie również wkrótce
okręcił wokół palca. Pewnej nocy zaproponował, abyśmy
wybrali się we trzech na plażę. Stromymi schodkami zeszliśmy na
kamienistą plażę w niewielkiej zatoczce. Księżyc oświetlał ciemną
taflę spokojnego morza, które delikatnie wyrzucało na
brzeg mizerne fale, wydając za każdym razem cichutki jęk.
Rozgwieżdżone niebo, ciepły zefirek i ta cisza przerywana jedynie
krótkimi oddechami morza sprawiły, że siedzieliśmy jak
zaczarowani. Nikt się nie odzywał, każdy o czymś marzył, coś
przemyśliwał, czymś karmił swoją kocią duszę. Ocknęliśmy się, gdy
z boku zamajaczył jakiś cień. Po chwili ujrzeliśmy zjawisko
niebywałej piękności. Była to biała kotka z niebieskimi oczyma,
tak urodziwa, tak doskonała w każdym calu, poruszająca się z
gracją, o jakiej mógłby pomarzyć niejeden kot.
Rozdziawiliśmy pyszczki i niezdolni do wykonania jakiegokolwiek
ruchu wodziliśmy za nią ślepiami. Kotka przemaszerowała dostojnie
przed trójką gapciów, puszczając do każdego oko, i
oddaliła się, zostawiwszy nieznany, słodki zapach. Niebawem jej
sylwetka znikła w mrokach nocy.
Pierwszy
doszedł do siebie Kostas. Stwierdził, że zachowaliśmy się bardzo
głupio, i że należy bezwzględnie odszukać Piękność Nocy (tak ją
nazwał, a my zaakceptowaliśmy wybór imienia). Pozostał po
niej delikatny zapach, który przyjemnie drażnił nozdrza.
Ruszyliśmy ochoczo tym tropem. Woń prowadziła w kierunku
miasteczka. Mijaliśmy rezydencje z ogrodami pełnymi aromatycznego
kwiecia, bungalowy w otoczeniu figowców, białe, estetyczne
domki tonące w winoroślach, a wszędzie na balkonach, tarasach i
gankach siedzieli ludzie, którzy wyglądali na bardzo
szczęśliwych. Rozmawiali głośno, śmiali się, niektórzy
nawet tańczyli w takt urokliwej muzyki greckiej. Na wystawionych
stołach i ławach stały misy z owocami, a z wnętrz domostw
wydobywały się cudowne zapachy przyrządzanych potraw. Poczuliśmy
pieczyste i aż zakręciło nam się w głowach. Nie było już mowy o
selekcji zapachów, a tym samym tropieniu nieznajomej.
Zgubiliśmy jedyny ślad. Należało przeczesać teren, zaglądając do
wszystkich zakamarków w okolicy. Kostas uznał, że
najrozsądniej będzie, jeśli się rozdzielimy. Wyznaczył mi część
handlową miasteczka, czyli centrum. On i Rykos mieli spenetrować
dzielnicę willową. Odchodząc, zobaczyłem jak Kostas zwinnie
wdrapał się na parkan ogrodu, stamtąd dał susa na drzewko
brzoskwiniowe, po gałęziach dotarł do okna willi i przez uchylone
okiennice wskoczył do środka. Rykos czmychnął do sąsiedniego
ogrodu. Pomknąłem pustą uliczką w kierunku centrum. Ku mojemu
zdziwieniu na głównej ulicy panował duży ruch. Najwięcej
działo się w bocznych pasażach. Senne za dnia uliczki ożywały
nocą. Otwierano sklepiki i wystawiano kolorowe kramy. Restauracje
i knajpy zapełniały się gośćmi. Gwar kawiarnianych altanek
mieszał się z muzyką kapel regionalnych. Różnojęzyczny
tłum płynął nieustannie, zapełniając uliczki i place. Niektórzy
przystawali przed witrynami sklepów, nieliczni próbowali
targować się z handlarzami oferującymi różne miłe
głupstewka, inni, zniewoleni zapachami przysmaków kuchni
greckiej, znikali w jednej z uroczych knajpek. Oszołomiony tym
widowiskiem przemykałem pod ścianami, rozglądając się jednak
bacznie na wszystkie strony. Myszkowałem na zapleczach sklepów
i w kuchniach restauracji. Zaglądałem we wszystkie napotkane
szpary i zakamarki, które według mojego rozeznania mogły
służyć za kocie legowisko. Obszedłem wszystkie skwery, zajrzałem
pod każdy krzaczek, zlustrowałem każde drzewo w okolicy. Owszem,
natknąłem się na jedną kicię, ale nie była to Piękność Nocy.
Fuknęła na mnie wściekła i przegoniła ze swojego terenu.
Zniechęcony, ledwo powłócząc nogami ze zmęczenia,
poszedłem do miejsca, w którym umówiłem się z moimi
kumplami, Kostasem i Rykosem. Czekali już na mnie. Ich
zrezygnowane miny świadczyły o totalnym niepowodzeniu. Ruszyliśmy
w kierunku domu, rozprawiając smętnie o całym zajściu i snując
różne domysły. Zaczynało świtać. Mijaliśmy właśnie duży
oświetlony sklep spożywczy i nagle stanęliśmy jak wryci. Z
ogromnego plakatu umieszczonego na ścianie sklepu patrzyła na nas
Piękność Nocy. Uwodzicielskim spojrzeniem zachęcała do kupna
znakomitej karmy dla kotów. Spojrzeliśmy na siebie, potem
znów na plakat i wybuchnęliśmy śmiechem. No cóż,
kiedy nie można zrozumieć pewnych zjawisk, wielu reaguje śmiechem
... Gdy odchodziliśmy, spojrzałem raz jeszcze na kotkę. Mógłbym
przysiąc, że mrugnęła do mnie lewym okiem.
|