|
|
|
||||
|
Przygody kota Mazgaja |
|
|
|
Odcinek 6. Samolotem na Kretę
Wakacje to dla mnie okres dużych wyzwań. Moi Państwo uwielbiają podróże i tu pojawia się problem: co zrobić ze mną? Są dwa wyjścia. Pierwsze, to znaleźć dla mnie opiekuna, drugie, to zabrać mnie w podróż. Oczywiście domyślacie się, że nie jestem zwolennikiem drugiego rozwiązania. Niestety, nikt nie przejmuje się moimi preferencjami i muszę zaakceptować wybór moich Państwa. Jazda samochodem, chociaż paskudna, jest jeszcze do wytrzymania, ale lot samolotem, oooo... to już gorsza sprawa. Musiałem jednak przeżyć i to. Już samo wspomnienie tej historii wywołuje u mnie przyspieszenie tętna. Zaczęło się od tego, że moi Państwo zapragnęli pojechać latem do Grecji. Jak wiadomo, z Polski do Grecji kawał drogi, najwygodniej więc polecieć tam samolotem. Nie interesowałem się planami wakacyjnymi Państwa dopóty, dopóki wyszło na jaw, że wszelkie próby znalezienia dla mnie opiekuna spaliły na panewce. Wtedy zrozumiałem, że czeka mnie podróż. Nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji, gdyż jeszcze wtedy nie wiedziałem, co oznacza dla zwierzęcia lot samolotem. Powinienem był się zorientować, że coś jest nie tak już w momencie, gdy na kilka dni przed wyjazdem Pan przyniósł do domu klatkę z zamykanym wejściem. Zlekceważyłem jednak ten fakt. Zanim rozpoczęła się ta koszmarna podróż, czekało mnie jeszcze jedno przykre doświadczenie. Musiałem poddać się szczepieniu. Nie było to łatwe zadanie dla weterynarza. Broniłem się jak mogłem - piszczałem, wyłem, drapałem, gryzłem, ale ostatecznie uległem sile trzech par rąk. Poczułem ukłucie i odruchowo chciałem się cofnąć, ale ciągle byłem w kleszczach. Dopiero po chwili ucisk zelżał. Kipiąc ze złości, zdążyłem zostawić ślad pazurków na dłoni oprawcy. Weterynarz, ku mojemu zdziwieniu, nie zdenerwował się, tylko ze współczuciem spojrzał na mnie i pogłaskał po karku, czyli tam, gdzie lubię najbardziej. 'Uhm, jakiś miłośnik kotów' - pomyślałem. Później dowiedziałem się, że wszyscy weterynarze to miłośnicy kotów i innych zwierząt. Nie rozumiałem tylko, dlaczego kochając zwierzęta, sprawiają im ból. Świat ludzi jest taki tajemniczy....
Pierwszy zareagował jamnik. Zdziwiony spojrzał na mnie i zamilkł. Mój koncert trwał, a on siedział z główką przechyloną na bok i wpatrywał się we mnie. W pewnym momencie miał dość 'kociej muzyki', bo ożywił się i zaczął poszczekiwać. Zrazu nieśmiało, potem coraz raźniej i głośniej. Tworzyliśmy świetny duet, ale nasz koncert nie trwał długo. W pewnym momencie podskoczył do nas rosły mężczyzna w kombinezonie, chwycił energicznie nasze klatki i umieścił na szczycie waliz, kufrów i neseserów leżących na platformie. Po chwili cały ten majdan ruszył. Ujrzałem ogromną przestrzeń i wielkie nieruchome stwory. To były samoloty. Podjechaliśmy pod jeden z nich. Nie było czasu do stracenia. Należało działać. Jedyne co mogłem zrobić w tej sytuacji to tak uprzykrzyć życie mężczyznom pracującym przy załadunku bagażu do samolotu, żeby byli zmuszeni do sprowadzenia moich właścicieli. Nabrałem powietrza w płuca i zainicjowałem żałosny lament. Jamnik szybko podchwycił ton i zawtórował mi przejmującym skomleniem. Mężczyźni rzucili nam spojrzenia pełne gniewu, ale pracowali dalej. My nie ustawaliśmy. Gdy wszystkie torby i walizy były już wewnątrz samolotu, przyszła kolej na nas. Musiałem szybko wymyślić coś ekstra, żeby wzbudzić u tragarzy współczucie lub strach i odwieść ich od zamiaru umieszczenia mnie w marnym towarzystwie bagaży podróżnych. Upadłem na plecy, wyciągnąłem łapy do góry, otworzyłem pyszczek, zamknąłem oczy i siłą woli wprawiłem całe ciało w drgawki. Unoszona do góry klatka ze mną w środku znieruchomiała. W tym momencie usłyszałem okrzyk i poczułem, jak w szybkim tempie spadam w dół. Znalazłem się znów na platformie. Otworzyłem jedno oko, aby ocenić sytuację. Tragarz naradzał się ze swoim kolegą, gestykulując nerwowo. Po chwili podeszli do mnie obaj. Widocznie ocenili mój stan jako krytyczny, bo pospiesznie uruchomili platformę bagażową i odjechaliśmy w kierunku budynku lotniska. Nie chcąc psuć efektu, trząsłem się cały czas i zaciskałem powieki, nie mogłem więc obserwować, kto i dokąd niósł mnie po dojechaniu już na miejsce. Trwało to wszystko dość długo i zaczynałem być zmęczony udawaniem konającego kota. Wreszcie poczułem, że klatkę postawiono. Ostrożnie otworzyłem oczy i rozejrzałem się wokół. Byłem sam w niewielkim pomieszczeniu. Mogłem wreszcie odpocząć. Rozluźniłem mięśnie i ułożyłem się wygodnie w pozycji umożliwiającej obserwację drzwi. Minęło sporo czasu zanim klamka poruszyła się i weszli moi Państwo w towarzystwie umundurowanego osobnika. Błyskawicznie wróciłem do pozycji 'paralityka'. Pan otworzył klatkę i próbował mnie z niej wyjąć, ale nie było to łatwe, gdyż otwór był niewielki - akurat na prześlizgnięcie się przezeń kota. Gdy tak szamotał się, przemawiając do mnie łagodnie, znieruchomiałem na moment i puściłem do niego oko. Oboje odetchnęli z ulgą, a Pani rzuciła: - Ach, ty łobuzie! W jej głosie nie było jednak gniewu. Ciągle nie miałem jednak pewności, czy wygrałem batalię o podróż razem z nimi, dlatego spojrzałem błagalnie jej w oczy i jęknąłem cichutko. - W porządku, jedziesz z nami - usłyszałem. Wyczerpany, ale jakże szczęśliwy, wydałem wesołe 'miauuuuuu!!!'. Od tej chwili przejęli opiekę nade mną i po dokonaniu dodatkowych formalności mogliśmy już razem wejść na pokład samolotu. Zostałem ulokowany na środkowym siedzeniu, między nimi. Cóż z tego, kiedy ciągle byłem uwięziony w klatce, a na moje prośby o oswobodzenie nie było żadnej reakcji. Pasażerowie przyglądali mi się z zaciekawieniem i sympatią, a mała dziewczynka podeszła i zapytała, czy może mnie pogłaskać. Moi Państwo pozostali nieugięci w kwestii otworzenia klatki i dziecko odeszło zawiedzione.
Zapewne chcecie wiedzieć, co się stało z jamnikiem, który tę podróż odbył w luku bagażowym. No cóż, przeżył lot, ale wyglądał mizernie. Pamiętajcie, jeśli chcecie przewieźć samolotem swojego ulubieńca, zróbcie mu wcześniej rezerwację. Na pokładzie samolotu może przebywać tylko jeden zwierzak. Pozostałe będą podróżować z bagażami.
|
||
|
|
||