Tatry Polskie

przewodnik multimedialny

Strona_główna

Dla dzieci



Napisz do mnie


Przygody

kota Mazgaja


Odcinek 5. Burasek


Miałem raz przyjaciela. Nasze pierwsze spotkanie trwało krótko i nie zapowiadało, że się kiedyś polubimy. A jednak ...

Owego dnia czas dłużył mi się niemiłosiernie, gdyż byłem sam w domu od rana do późnego wieczora. Głód zaczynał doskwierać mi dotkliwie, a przeraźliwa cisza i pustka wyzierająca z każdego kąta działały wyjątkowo przygnębiająco na moją psychikę. Nie wszyscy wiedzą, że koty lubią cichy, miarowy szum. Właściciele kotów z pewnością zauważyli, że ich ulubieńcy najchętniej przebywają w pobliżu piorącej pralki czy włączonego komputera. Dla mnie osobiście dodatkową przyjemnością jest muzyka klasyczna, przede wszystkim utwory Mozarta. Ach, jakie mam wówczas cudowne sny! Rozumiecie teraz, że głęboka cisza od świtu do nocy jest dla kota przykrym doświadczeniem. Wtedy tęsknię nawet za kłótniami ludzi.

Ów dzień był cichy i smutny. Zaczynałem już tracić nadzieję, że Państwo wrócą na noc. Może stało się coś złego? Szczęk klucza w zamku drzwi przerwał na szczęście moje smutne rozmyślania. Postanowiłem jednak dać im nauczkę. Jak można zostawiać kota samego w domu na cały dzień?! Wszedłem krokiem bojowym do kuchni i zacząłem głośno upominać się o jedzenie. Użyłem niewybrednych słów i na koniec syknąłem przeciągle. Zwykle to skutkowało. Tym razem było inaczej. Zostałem zignorowany. Ponowiłem próbę i ... znowu nic. Zaskoczony podniosłem wzrok i osłupiałem. Moja Pani tuliła do piersi małą, szarą kuleczkę, w której natychmiast rozpoznałem przedstawiciela rodu kociego. Na moim terenie pojawił się intruz.

W chwilach dużego zdenerwowania ogarnia mnie chwilowy paraliż. Stałem bez ruchu i wpatrywałem się w tego małego, burego futrzaka, nie mogąc wydać żadnego dźwięku. Usłyszałem tylko, jak Państwo skomentowali mój stan:

- Zamurowało go!

Byłem wzburzony, a na dodatek ogarnęła mnie panika. Czyżby ten kociak miał tu zostać? Czy ludzie nie wiedzą, że my, koty, nie znosimy konkurencji na swoim terenie? Te i inne myśli dręczyły mnie do tego stopnia, że zapomniałem o głodzie. Kiedy odzyskałem władzę w łapach, rzuciłem Państwu spojrzenie pełne rozgoryczenia i usunąłem się w najciemniejszy kąt mieszkania. Sen to najlepszy lek na smutki, postanowiłem więc skorzystać z tego środka.

Spałem bez przerwy całą noc. Obudziłem się rześki i od razu przypomniałem sobie wczorajszy wieczór. Ruszyłem na obchód mieszkania z mocnym postanowieniem przepędzenia kociego małolata z mojego terenu. Jakież było moje zdumienie, gdy po zajrzeniu do wszystkich kątów okazało się, że jestem nadal jedynym czworonogiem w mieszkaniu. Duch myśliwego osłabł, a nerwowe podniecenie ustąpiło miejsca szczeremu zaciekawieniu. Podreptałem ponownie do sypialni i głośnym 'miauuu' ogłosiłem pobudkę. W celu zwiększenia efektu zacząłem ostrzyć pazurki o krawędź łóżka. Pani otworzyła jedno oko i jęknęła:

- Mazgaj, spokój!

O nie, moi drodzy! Muszę was ukarać za wczorajszy dzień! Wskoczyłem zwinnie na łóżko i wrzasnąłem do ucha Pani ze wszystkich sił. W takich chwilach ważny jest szybki refleks. Należy błyskawicznie ewakuować się z sypialni, gdyż obudzeni przy użyciu tak drastycznych środków Państwo reagują zdecydowanie. Tym razem byłem szybszy. Uciekłem do kuchni i z górnej szafki obserwowałem z triumfem Panią drepczącą sennie z sypialni do łazienki. Postanowiłem zostać tu i obserwować ich podczas śniadania, bo liczyłem, że napomkną coś o wczorajszym gościu i jego dalszych losach. Nie pomyliłem się. Burasek, bo takie nadali mu imię, został wczoraj zawieziony do rodziców Pani. Okazało się, że już od dłuższego czasu zamieszkiwał piwnicę naszego bloku, a mieszkańcy (wśród nich moi Państwo) dokarmiali tę małą sierotkę, opuszczoną przez matkę. Wczoraj kocurek przywędrował pod drzwi naszego mieszkania i usnął na wycieraczce. Tak znaleźli go moi Państwo wracający do domu. Po wysłuchaniu tej historii odczułem współczucie dla Buraska. Bądź co bądź miałem szczęśliwsze dzieciństwo. Ucieszyłem się, że znalazł miejsce u dobrych ludzi.

Po pewnym czasie zapomniałem o całej sprawie. Ludzie są jednak upartymi istotami i jeśli coś sobie postanowią, to bez względu na wszystko zrealizują swój plan. Moi Państwo nie są, niestety, wyjątkiem. Ich plan dotyczył mnie i Buraska. Założyli, że nudzę się sam w domu i potrzebny jest mi kolega. Zrozumieli, że życie dwóch kotów pod jednym dachem nie wchodzi w grę, ale okresowe spotkania mogą być dobrą alternatywą.

Pewnego dnia zostałem włożony do koszyka i zawieziony, wbrew własnej woli, do rodziców Pani. Kot przywiązuje się do miejsca, dlatego wszelkie zmiany, a zwłaszcza podróże i nowe środowisko są dla niego trudną próbą.

Rodzice Pani mieszkają w odległej dzielnicy Warszawy w wysokim bloku na ósmym piętrze. Pierwszy raz w życiu jechałem windą. Mieszkanie było niewielkie, ale przytulne. Zanim zdążyłem oswoić się z nowym miejscem i obwąchać wszystkie kąty, zjawił się Burasek. Wyglądał znacznie lepiej niż w czasie naszego pierwszego spotkania. Podrósł, nieco przytył, a przede wszystkim w jego wielkich oczach nie czaił się już strach. Był zaskoczony naszym ponownym spotkaniem, podobnie zresztą jak ja. Nie wykazał jednak zdenerwowania, przeciwnie, przywitał mnie ciepło i od razu zaproponował wspólną zabawę. Byłem zdziwiony jego postawą, bo przypomniałem sobie swoją niezbyt mądrą reakcję sprzed kilku tygodni. Poczułem wstyd, chyba pierwszy raz w życiu.

Od tej chwili staliśmy się przyjaciółmi. Nasze spotkania nie były częste, ale jakże radosne! Wymyślaliśmy najprzeróżniejsze zabawy, np. gonitwy przez wszystkie pomieszczenia w mieszkaniu (u Was jest to zabawa w berka), walki na niby, chowanego, polowanie na myszkę-zabawkę, wzajemne wylizywanie futerka. Burasek oddawał mi najokazalsze kęski ze swojej miseczki, a ja, jako starszy, wprowadzałem go w tajniki życia kotów. Mój uczeń był bardzo pojętny i często zadawał mi trudne pytania, na które nie znałem odpowiedzi. W takiej sytuacji szybko kończyłem lekcję, proponując zajęcia z wychowania fizycznego. Muszę przyznać, że i w tej dziedzinie Burasek mnie zadziwiał. Był niezwykle zwinny, a przy tym sprytny. Potrafił na przykład otwierać drzwi, skacząc na klamkę. Ja tej sztuczki nie nauczyłem się nigdy. Jestem z natury ostrożny i nigdy nie ryzykuję czegoś, co może się nie udać, nie mówiąc już o sytuacjach zagrażających życiu. Burasek przeciwnie. Lubił ryzyko. Uwielbiał spacerować po wąskiej krawędzi balustrady balkonu, wspinał się bez trudu w błyskawicznym tempie po firance pod sam sufit, a już szczytem jego umiejętności akrobatycznych były skoki na żyrandol w salonie, co powodowało wybuchy złości gospodarzy. Mój towarzysz posiadł umiejętności iście kaskaderskie.

Niestety, życie to przeplatanka zdarzeń radosnych i smutnych. Buraska nie ma już na świecie. Zgubił go jego ognisty temperament. Wyskoczył z okna za przelatującym ptakiem.

Nie od razu dowiedziałem się o tym wypadku. Zauważyłem tylko, że Państwo nie zabierają mnie już ze sobą, kiedy jadą do rodziców. Zaniepokoiło mnie to dopiero za którymś razem. Pomyślałem, że coś niedobrego musiało się wydarzyć. Podsłuchiwałem wszystkie rozmowy w nadziei, że czegoś się dowiem. Wreszcie poznałem prawdę. Przeglądając albumy rodzinne w jakiś ponury, deszczowy dzień, Państwo natrafili na zdjęcia Buraska. Ten fakt wywołał u nich falę wspomnień i wtedy dowiedziałem się o tej smutnej historii. Nie powiem, przejąłem się. Czułem ból, którego nie mogłem zlokalizować. Ból wewnętrzny, żal po stracie kompana. Zrozumiałem wówczas, że każde stworzenie, nawet bardzo małe i niepozorne, może cierpieć i nie jest to ból fizyczny. Czy zastanawiacie się czasem, co czuje kot lub pies oddawany do schroniska dla zwierząt lub wyrzucany na ulicę przez tych, których uważał za swoich najlepszych przyjaciół?


Do góry

Poprzedni odcinek              Następny odcinek