|
|
|
||||
|
Przygody kota Mazgaja |
|
|
|
Odcinek 4. Pierwsza wycieczka
Podróże kształcą. A najbardziej wypady w pojedynkę. Przekonałem się o tym szybko. Musiałem przywyknąć do nowego trybu życia. Często zostawałem sam w domu i z tym było najgorzej. Gdy tylko usłyszałem szczęk klucza w zamku drzwi wejściowych, gnałem do przedpokoju i z radością witałem Państwa, ocierając się o ich nogi i mrucząc, ale nie głośnym 'miauuu', tylko głębokim, gardłowym 'mrr, mrr, mrr' (bez otwierania pyszczka).
- Mazgaj, natychmiast do domu! Ciekawość świata rosła z każdym dniem. Różnorodność zapachów dochodzących z tego niedostępnego dla mnie raju pobudzała moją wyobraźnię. Postawiłem sobie za punkt honoru wydostać się z mieszkania i zbadać teren, który obserwowałem codziennie, siedząc na parapecie okiennym w kuchni. Czekałem na odpowiedni moment i wreszcie się udało. W niedzielne późne popołudnie zadzwonił domofon. Przyszli goście. Wizyta przeciągała się, powoli zapadał zmierzch. Jeden z gości wychodził często na klatkę schodową, aby tam zapalić papierosa. W domu palenie było zabronione. Pozostali goście siedzieli wraz z Państwem w salonie i żywo dyskutowali. Pomyślałem, że los uśmiechnął się do mnie. Zakradłem się do przedpokoju i czekałem w niewidocznym kącie. Przy kolejnym otwieraniu drzwi wejściowych dałem susa na zewnątrz, a ponieważ było tam ciemno, osoba wychodząca z mieszkania nie zauważyła mojej ucieczki. Zanim zapaliła światło na klatce schodowej, ja byłem już na parterze. Na szczęście drzwi były uchylone i bez trudu wyszedłem na podwórko. Wczesna jesień to piękna pora roku. Trawy nie straciły jeszcze swojej soczystości i cudownego zapachu, wtulałem się więc w nie i skubałem ich czubki, napawając się uczuciem wolności. Gdzieś z oddali dochodziły pomrukiwania moich pobratymców. Usiadłem pod krzakiem dzikiej róży i zapatrzyłem się w rozgwieżdżone niebo. Było ciepło. Lekki wietrzyk delikatnie muskał moje futerko. Oddałem się marzeniom. Ta idylla trwałaby zapewne dłużej, ale została brutalnie przerwana przez odwiecznego wroga kotów. Domyślacie się, że chodzi o psa. Gdy tak siedziałem rozmarzony i zastanawiałem się poważnie, czy warto wracać do domu, nagle poczułem na karku ciepły oddech, a zaraz po tym pacnięcie w głowę. Skoczyłem zdezorientowany i na oślep rzuciłem się do ucieczki. Strach dodawał mi sił, gnałem jak opętany. To stworzenie biegło równie szybko. Zobaczyłem na wprost małe, otwarte okienko i bez chwili wahania dałem tam nura. Poczułem jak lecę w dół i po chwili leżałem na twardym, zimnym podłożu. Spadając, wykonałem nieudane salto i wylądowałem na grzbiecie. Leżałem oszołomiony, ale po chwili zacząłem dochodzić do siebie. Wstałem i z zadowoleniem stwierdziłem, że upadek nie był groźny. Najważniejsze, że pies nie mógł mi już nic zrobić.
Zamarłem z przerażenia. Widmo kilkudniowego postu oraz braku odpowiedniego miejsca do spania i kuwety z czystym piaskiem obezwładniło mnie. Moi towarzysze niedoli wcale nie próbowali mnie pocieszać. Tak jak niespodziewanie pojawili się, tak samo nagle zniknęli gdzieś za wielkimi płachtami pościeli. Zostałem sam. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak bardzo opuszczony. Siedziałem osowiały, a czas płynął. Nie pamiętam już kiedy zasnąłem, ale musiało to nastąpić bardzo późno w nocy. Był wczesny ranek, kiedy się obudziłem. Postanowiłem działać. Wierzyłem mocno, że moi Państwo zauważyli moje zniknięcie i będą mnie szukać. Nie zważając na drwiące uśmiechy współwięźniów, usadowiłem się naprzeciwko okienka tak, aby być widocznym z zewnątrz i zacząłem głośno, przeraźliwie miauczeć. Trwało to długo, dostałem nawet chrypki. W pewnej chwili w okienku pojawiła się twarz ..... zgadnijcie czyja? Mojego Pana! Nie od razu mnie poznał, gdyż w piwnicy panował półmrok, a ja jestem czarny. Na szczęście, jak już mówiłem, pod szyją mam całkiem pokaźną, białą plamkę. Zacząłem nerwowo chodzić w prawo i w lewo i wtedy Pan krzyknął uradowany do stojącej obok Pani: - To Mazgaj! Spójrz, ma białą plamkę! Potwierdziłem ten fakt wesołym 'miauuuu!'. Następnie spojrzałem z wyższością na koty i wolnym krokiem podszedłem do drzwi, na otwarcie których przyszło nam czekać jeszcze jakiś czas, bo jak się później dowiedziałem, były trudności z odnalezieniem osoby, która miała klucz. Kiedy wreszcie drzwi otworzono, a w nich stanęli moi Państwo, nie mogłem zapanować nad emocjami. Wskoczyłem Pani na ręce, wyciągnięte do mnie w geście radości. Byliśmy wolni! Kocury szybko czmychnęły na zewnątrz, nie wyraziwszy wdzięczności za uwolnienie. To musiały być niewychowane 'podwórkowce'.
Tak skończyła się moja wielka ucieczka z domu. Od tamtej pory wcale nie tęsknię za urokami świata. Jednak nie uniknąłem w przyszłości podróży, ale o tym opowiem Wam przy innej okazji.
|
||
|
|
||