|
Odcinek
22. Pozwólcie mi być sobą
Kiedy
wróciłem z gospodarzem z akcji ratowniczej do domu,
zastałem moich Państwa mocno zdenerwowanych. Niepokoili się o
mnie zupełnie niepotrzebnie, bo przecież wiadomo, że kot zawsze
spada na cztery łapy, a więc nic złego nie mogło mi się
przytrafić. Dorośli już tacy są: martwią się za często i nie
wtedy, kiedy trzeba. Było mi jednak przyjemnie, że zależy im na
mnie. Mogłem się o tym przekonać raz jeszcze w czasie naszego
pobytu w górach.
Domek,
w którym mieszkaliśmy, otaczał piękny ogród.
Wychodziłem na taras i godzinami wylegiwałem się, jeśli nie
zabierano mnie na wycieczkę (na szczęście nie zdarzało się to
często). Było cicho i ciepło, pachniały kwiaty, w oddali
majaczyły sylwetki gór. Czasem tylko zabrzęczał jakiś
owad, zwabiony barwnym strojem i słodką wonią mieszkańców
ogrodu. Pełny brzuszek, spokój i ta bajeczna, letnia
sceneria - to dopiero relaks! W takich chwilach jestem bardzo
szczęśliwy.
Pewnego
dnia, gdy jak zwykle siedziałem na tarasie, zobaczyłem w ogrodzie
kota. Szedł pewnym krokiem, nie zważając wcale, że posesji
pilnowały dwa małe psy. Obserwowałem go z zainteresowaniem, a
kiedy zniknął mi z oczu, zeskoczyłem z tarasu i podążyłem za nim,
zachowując jednak bezpieczną odległość. Kocur, pręgowany szarus,
kroczył z podniesionym wysoko ogonem, co świadczyło o zadowoleniu
i pewności siebie. Okrążył dom i skręcił w kierunku wiaty przy
furtce. Stały tam szare pojemniki, których zawartości
wtedy jeszcze nie znałem. Kot wskoczył na krawędź tajemniczego
obiektu i po chwili zniknął w środku. Czekałem dosyć długo, ale
nic się nie działo. Zaciekawiony podszedłem bliżej i wtedy
usłyszałem szelest i mlaskanie. My, koty, jesteśmy zwierzętami
niezwykle ciekawskimi, możecie więc sobie wyobrazić, co czułem w
takiej chwili. Nie bacząc na niebezpieczeństwo ataku ze strony
nieznajomego, wykonałem identyczny jak on skok, z tym że nie
zdołałem utrzymać się na krawędzi pojemnika, tylko od razu
runąłem do środka. Znalazłem się na kupie czarnych toreb
foliowych, częściowo porozrywanych, wypełnionych śmieciami. Nade
mną stał zdziwiony kocur, oblizując się zapewne po konsumpcji
resztek jedzenia znalezionych w śmietniku.
-
Coś ty za jeden? - zapytał, nie przerywając oblizywania wąsów.
-
Nazywam się Mazgaj. Przyjechałem na wakacje - odpowiedziałem
grzecznie.
-
Aaaaa... ceper! Cześć kolego, jestem Baca, bezdomny kot
zakopiański.
Nie
znałem słowa 'ceper', ale nie miałem odwagi prosić nieznajomego o
wyjaśnienie. Dzisiaj już wiem, że tak górale nazywają
turystów przyjeżdżających z nizin.
- Co
tu robisz? - zapytałem nieśmiało.
Baca
zmierzył mnie od stóp do głów i wykrzywił lekko
pyszczek.
-
Jesteś mało rozgarnięty - stwierdził.
Poczułem
się dotknięty, ale zniosłem w milczeniu zniewagę i zawstydzony
spuściłem głowę.
-
Nie chciałem cię urazić, po prostu nie mogę pojąć, jak - będąc
kotem - możesz nie znać rozkoszy buszowania po śmietnikach -
usprawiedliwiał się Baca. - Spójrz, ile tu ciekawostek, i
to w różnych kolorach, a ile smacznego jedzenia w
najlepszym gatunku!
Rozejrzałem
się dookoła i w duchu przyznałem mu rację. Z poszarpanych toreb
wyglądały atrakcyjne dla kota drobiazgi: szeleszczące papierki,
puszki po pasztetach, skórki od kiełbas i wędlin, a nawet
kawałki tłuszczyku od szyneczki, kartoniki po sokach i wiele,
wiele innych niepotrzebnych już człowiekowi odpadków,
które dla kota miały ogromną wartość
gastronomiczno-rekreacyjną. Baca zgodził się, abyśmy razem
przeszukali ten skarbiec. Zwierzył mi się, że przepada za
oscypkami (wędzone serki owcze), ale w śmietnikach rzadko można
je znaleźć; jeśli już coś się trafi, to w najlepszym wypadku będą
to same skórki. Tym razem mieliśmy szczęście. Dokopaliśmy
się do niedużego kawałka serka, w jednym miejscu lekko
spleśniałego. Przypomniałem sobie, że moi Państwo są smakoszami
serów, więc z pewnością kupują też oscypki. Obiecałem
mojemu nowemu przyjacielowi ucztę oscypkową, jeśli tylko znajdę
serki w naszym pokoju.
Byliśmy
tak pochłonięci poszukiwaniem skarbów, że nie usłyszeliśmy
nawoływań dochodzących z oddali. Dopiero gdy ktoś zbliżył się do
wiaty, rozpoznałem głos naszej gaździny. Baca błyskawicznie
wspiął się po górze śmieci na krawędź śmietnika i
czmychnął za parkan. Po chwili zobaczyłem twarz gaździny.
-
Tutaj jest, kotek schował się w śmietniku! - wołała do moich
opiekunów.
Kiedy
ich zobaczyłem, wiedziałem, że nie jest dobrze. Co ujrzałem?
Najpierw ulgę, potem ogromne zdumienie, a w sekundę później
gniew. Okazało się, że wszyscy szukali mnie od dłuższego już
czasu. Nawet sąsiedzi włączyli się do akcji poszukiwawczej.
Dostałem niezłą reprymendę. Największym przewinieniem było to, że
buszowałem w śmietniku. Ja, kot salonowy, zachowałem się jak
pospolity podwórkowiec. Moi Państwo byli wstrząśnięci.
-
Czy ci czegoś brakuje? Chodzisz głodny? - pytali z wyrzutem.
Zerkali
na mnie i zatykali nosy do czasu, aż wylizałem futerko. Nie mogli
zrozumieć, że kot pewne rzeczy robi dla sportu, a nie dlatego, że
jest głodny. Już taka nasza natura.
Tak
bardzo bym chciał, aby zaakceptowali mnie takim, jaki jestem.
Żeby się pogodzili z moimi wadami i kochali niezależnie od
wszystkiego. Przecież ja wybaczam im tak wiele i nie żądam, aby
byli doskonali ...
|