|
|
|
||||
|
Przygody kota Mazgaja |
|
|
|
Odcinek 14. Choroba
No i stało się: zachorowałem. A wszystko przez to, że sumiennie wykonywałem swoje obowiązki. Pamiętacie punkt 9. kodeksu kota domowego o łapaniu owadów? W ciepłe czerwcowe wieczory przez otwarte drzwi balkonowe wlatywały do mieszkania chmary chrabąszczy, bucząc nieznośnie i wprawiając w popłoch domowników. Polowałem zawzięcie, stosując technikę ogłuszania. Biedactwa zemściły się na mnie pośmiertnie, powodując dolegliwości żołądkowe. Straciłem apetyt, chodziłem z brzuchem przy ziemi i od czasu do czasu popiskiwałem cichutko. Zawinięto mnie w kocyk i zaniesiono do lecznicy dla zwierząt.
- Ooo, niewykastrowany! Nie znaczy terenu? Państwo zaprzeczyli, co wprawiło go w jeszcze większe zdumienie. Pomyślałem, że ludzie bywają ograniczeni. Po co miałbym znaczyć teren, skoro w pobliżu nie było żadnych kotów? Całe mieszkanie należało do mnie, a Pan i Pani nie stanowili konkurencji. Poza tym na ogół jestem dość łagodny, a nawet trochę ciapowaty, o czym przypomina moje imię, więc w przeciwieństwie do kotów dominujących nie mam ciągot do znaczenia moczem terenu. Nasi właściciele ufają weterynarzom i okaleczają nas w młodym wieku, a potem się dziwią, że przybieramy na wadze i chorujemy. Jestem zadowolony, że uniknąłem losu wielu moich pobratymców, których właściciele zbyt pospiesznie podjęli decyzję o kastracji. Wracam do głównego wątku. Weterynarz, który - jak już pisałem - zrobił na mnie wrażenie sympatycznego faceta, przepisał mi serię zastrzyków. Oj, zawiodłem się na nim srodze! Nie mogłem uciec, bo trzymano mnie w szelkach na krótkiej smyczy. Poczułem ukłucie i nieprzyjemne pieczenie, na co zareagowałem piskiem. Z poczekalni odpowiedziały mi pełne współczucia pomiaukiwania i poszczekiwania. Najgorsze minęło, wróciliśmy do domu. Następnego dnia od samego rana zachowywałem wzmożoną czujność. Postanowiłem nie dać się zanieść do lecznicy, tym bardziej że czułem się już znacznie lepiej.
|
||
|
|
||