|
Odcinek
10. Mysz z wyspy Santoryn
Powoli
przyzwyczajałem się do podróżowania. Ciągle jeszcze lepiej
znosiłem jazdę autobusem niż samochodem, ale i z tym ostatnim nie
było najgorzej. Najszybsze postępy czyniłem w uodpornianiu się na
bujanie morza. Od pamiętnego rejsu kutrem rybackim wiedziałem, że
przed wycieczką morską nie należy dużo jeść, toteż uprzedzony
wieczorem o podróży zjadałem obfitą kolację, aby
następnego dnia nie ulec pokusie porannego obżarstwa.
 Pewnego
dnia wybraliśmy się na wyspę Santoryn w archipelagu Cyklad. Rejs
przebiegał bez zakłóceń. Jako jedyny zwierzak na pokładzie
wzbudzałem ogólne zainteresowanie. Dzieci nie dawały mi
spokoju: świergotały bez ustanku piskliwymi głosikami, częstowały
słodyczami, a każde chciało mnie pogłaskać. Brzdące były
ucieszne, ale ta różnojęzyczna paplanina i nie zawsze
delikatne pieszczoty zmęczyły mnie bardzo. Zadowolony opuszczałem
pokład.
Za
wąskim pasem nabrzeża ujrzeliśmy skaliste zbocza wyspy. Zamiast
wjechać na górę kolejką lub na grzbiecie osiołka, moi
Państwo zarządzili wchodzenie. Wariant pieszy okazał się
najgorszy z możliwych. Zmęczeni upałem i stromym podejściem
przystawali co kilka stopni, obwiniając siebie nawzajem o
podjęcie niemądrej decyzji. Ja, tymczasem, siedząc wygodnie w
plecaczku, obserwowałem zmieniającą się scenerię i próbowałem
wyobrazić sobie kataklizm, jaki przeżyła ta wyspa ok. 3,5 tys.
lat temu. Dzień był pewnie podobny do dzisiejszego - słoneczny i
gorący. Ci, którzy musieli pracować, oddawali się swoim
codziennym zajęciom, inni odpoczywali w cieniu przewiewnych
dziedzińców z widokiem na ogrody kwiatowe.
Przyzwyczajeni
do życia w sąsiedztwie wulkanu mieszkańcy Santorynu nie przejęli
się zbytnio, gdy nad stożkiem zawisła lekka, ciemna mgiełka. Ufni
w potęgę bogów, którym składali krwawe ofiary,
wierzyli, że ci i tym razem zdołają uśpić ducha wulkanu. Ale on
czekał zbyt długo. Obudzony po latach szaleniec żądny fajerwerków
ruszył do ataku. Potężna eksplozja wstrząsnęła wyspą. Z krateru
wystrzelił w górę wielokilometrowy słup ognia, a siła
wybuchu rozerwała wulkan na strzępy. Cały basen Morza Egejskiego
nawiedziły trzęsienia ziemi. Ogromne fale wdzierały się na ląd,
pochłaniając zdesperowanych ludzi uciekających do morza przed
strumieniami gorącej lawy. Inni szukali schronienia w świątyni,
ale i tam dotarła śmiercionośna rzeka. Ci, którzy
pozostali w domach, nie wyszli z nich już nigdy. Chmury czarnego
popiołu wulkanicznego zakryły słońce i powoli opadały na umęczoną
ziemię. Rozjuszone fale waliły o brzeg, ale już z mniejszą siłą.
Przyroda wracała z wolna do równowagi. Tylko nad wyspą
unosił się duszący pył i wszędzie panowała przerażająca cisza.
Stare
dzieje, wracajmy do teraźniejszości. Kiedy dotarliśmy wreszcie do
położonego na klifie miasteczka, moi Państwo musieli chwilę
odsapnąć, zanim wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Urzekająca
biała zabudowa, wąskie, kręte uliczki, knajpki z widokiem na
morze, krzewy obsypane kwieciem - jakie to wszystko śliczniutkie!
Byłoby jeszcze przyjemniej, gdyby nie rzesze jednodniowych
turystów. Trochę przewrotnie to brzmi w pyszczku
jednodniowego turysty, nieprawdaż?
 Zajrzeliśmy
do małego sklepiku z ceramiką w jednej z tych sympatycznych
uliczek. Pamiętajcie, że cały czas siedziałem w plecaczku na
ramieniu Pana. Wyroby rzemiosła zainteresowały moich opiekunów:
chodzili między regałami, oglądali miniaturki amfor, miseczki,
zwierzaczki i inne cudeńka, brali je do ręki, naradzali się, ale
jak to już nieraz bywało, nie potrafili podjąć ostatecznej
decyzji co do kupna. Znudzony wodziłem wzrokiem po ścianach,
suficie i podłodze i wtedy ją zobaczyłem. Wybiegła z zaplecza i
czmychnęła pod ladę sprzedawcy. Biała myszka w czarne plamki.
Koci instynkt zwyciężył. Plecak ściągnięty był linką u góry
niezbyt mocno, bez trudu więc wyswobodziłem się i skoczyłem za
myszką. W locie zawadziłem o półkę z figurkami, ale kto by
się przejmował takim drobiazgiem! Nic nie mogło mi przeszkodzić w
najbardziej ulubionej rozrywce kociej. Łowy trwały, a moi Państwo
i właściciel sklepu zbierali z podłogi skorupy rozbitych figurek.
Mysz była nader zwinna i przebiegła i mimo różnych forteli
nie mogłem jej dopaść. W pewnym momencie do sklepu weszła mała
dziewczynka, jak się okazało córka sklepikarza.
Zobaczywszy
co się dzieje, pospieszyła myszce na pomoc. Odepchnęła mnie
energicznie i chwyciwszy biedną, ledwie żywą ze strachu myszkę,
wyniosła ją na zaplecze. Zrozumiałem, że była to ulubienica
dziewczynki. Całe szczęście, że okazałem się fajtłapą i nie
doszło do tragedii. Wróciłem do plecaczka, który od
tej pory zawiązywano tak ściśle, że mogłem wystawić z niego tylko
główkę (wcześniej wysuwałem też przednie łapki). Moi
Państwo musieli zapłacić sklepikarzowi za stłuczone figurki, co
bardzo przeżyli. Obwiniali mnie o całe zajście, ale przecież
gdyby nie ich marudzenie w sklepiku, w ogóle nie doszłoby
do tego incydentu. Obraziłem się na nich i do końca wycieczki nie
wykazywałem zainteresowania zwiedzanymi miejscami.
Dopiero
w drodze powrotnej trochę się ożywiłem, bo w ramach przeprosin
zafundowali mi (i sobie na pocieszenie) przejażdżkę w dół
do przystani na oślim zadku. To miłe zwierzątko nie potrzebowało
poganiacza - szło potulne i ciche, pogodzone z losem, może nawet
szczęśliwe. O, jakże mu zazdrościłem tej uległości! Zwykły
kłapouch, a tak mi zaimponował. A co imponuje Tobie, współczesny
Czytelniku?
|