Marketing nie tylko dla małej firmy

Książka plus CD-Rom

Strona_główna

Biznes

Forum




 Grudzień 2003

Podstawy nowej ekonomii




Krzysztof Wyrzykowski




Każdy system ekonomiczny jest oparty na dwóch procesach:

wymianie wartości i wymianie informacji


Oczywiście wartości mogą być materialne i niematerialne. W większości wypadków dobrym miernikiem wartości które wymieniamy jest pieniądz.

Podobnie jest z informacją. Może ona stanowić wartość, która może być wyrażona w kategoriach pieniądza.

Jeśli zatem i wartość, i informacja mogą być wyrażone jednym parametrem jakim jest pieniądz (przynajmniej w znacznej większości wypadków), to czy pieniądz nie jest naturalną zmienną opisującą podstawowe procesy gospodarcze (tzn. wymianę wartości i informacji )??

Do tej pory tak było!!

Jednak w miarę wzrostu znaczenia wymiany informacji w globalnej gospodarce sytuacja zaczęła się komplikować. Relacja pieniądz-informacja ujawniła coraz więcej cech niejednoznaczności.

Opiszemy to na przykładzie.

Jeśli posiadamy pewien kapitał, powiedzmy 1000$, to jego wartość nie zależy od tego, kto go posiada. Czy jest głupi czy mądry, niski czy wysoki zawsze jest to 1000$.

Siła nabywcza pieniądza jest ta sama niezależnie od tego, kto go posiada.

W przypadku kapitału informacji sprawa nie przedstawia się tak prosto. Wartość informacji najczęściej zależy od tego, kto ją posiada. To tak jakby te same 1000$ raz było warte 10000$, a w innym wypadku tylko 100$. Podobna sytuacja występuje w gospodarkach regulowanych, gdzie pewne grupy dysponują większą siłą nabywczą przy tym samym kapitale, ze względu na posiadane przywileje (na przykład nomenklatura w PRL).

Wolny rynek zlikwidował te bariery.

Wydawało się, że rewolucja informatyczna i związane z tym ułatwienia w przepływie informacji zmniejszą jej koszt i tym samym wzmocnią proces 'uwalniania rynku'.

A jednak koszt zdobycia informacji to nie jest jej wartość (!!).

Wartość zależy od tego, jak ta informacja zostanie wykorzystana, czyli zależy od odbiorcy.

Innymi słowy pewne grupy odbiorców mogą skorzystać z danej informacji, inne nie.

Informacja może być nawet darmowa, a i tak tylko niewielu ją wykorzysta.

Do tej pory 'kapitał informacji' mógł być traktowany jako część kapitału ogólnego i podlegał tym samym lub podobnym prawom. Można było posiadać znaczny kapitał informacji, jednak bez 'zwykłego' kapitału większość inwestycji nie mogła zostać zrealizowana.

Sytuacja powoli się zmienia. Kapitał informacji zaczyna dominować, czyli w skrajnym wypadku to on decyduje o możliwości realizacji danego przedsięwzięcia.

Ale nie każdy może go wykorzystać. Innymi słowy jego wartość zależy od umiejętności jednostki. Pokażmy to na przykładzie. Jeśli chcemy wydać własną książkę, to potrzebujemy pewnych pieniędzy, jednak nie one decydują o powodzeniu przedsięwzięcia, ale nasze umiejętności pisarskie. Decyduje kapitał 'informacji'. Teoretycznie wielu stać na wydanie własnej książki, wielu też to robi, ale tylko niektórzy odnoszą sukces. I zależy on od zainwestowanego 'kapitału informacji', a nie od ilości pieniędzy!

Obecnie w bardzo wielu branżach, począwszy do IT, a skończywszy na ubraniach zaczyna dominować opisany wyżej model 'wydawcy', w przeciwieństwie do niedawno obowiązującego modelu 'drukarza'.

Firmy 'wydawcy' zajmują się tworzeniem informacji: badaniami rynku, projektu image marki, image produktu itp. Natomiast sam proces fizycznego tworzenia dóbr jest wykonywany przez poddostawców, czyli 'drukarzy'. Na przykład większość laptopów 'drukowana' jest na Tajwanie, a duża część luksusowych ubrań 'drukowana' w Indiach i Bangladeszu.

Oczywiście gros zysku zarabiają 'wydawcy', natomiast 'drukarze' muszą zadowolić się znacznie mniejszym zyskiem.

Internet jeszcze pogłębił ten problem. Ilość generowanej informacji jest tak duża, że przekracza to możliwości percepcji. Przypomina to mulistą i spienioną rzekę o rwącym nurcie. To, kto wyłowi z niej złoto, zależy tyle od szczęścia, co od umiejętności 'poszukiwacza'.

Dobry poszukiwacz jest równie cenny, a może nawet bardziej cenny niż kapitał. Kapitał można zdobyć, jest to tylko kwestia ceny, poszukiwacza nie zawsze można kupić. Bywa, że dobry poszukiwacz odchodzi z firmy, zakłada własną i po pewnym czasie stanowi śmiertelną konkurencję.

Niewielkie grupy zdolnych poszukiwaczy mogą stanowić duże zagrożenie dla dużych firm, 'dinozaurów' biznesu, które potrzebują ogromnych ilości kapitału do przetrwania i ze względu na swoją wielkość mają spowolniony proces decyzyjny.

Upadek 'tradycyjnego' kapitalizmu manifestuje się w problemach państw zaciekle broniących 'ustalonego porządku', czyli prymatu kapitału nad informacją.

Obrona ta może przybierać formę monetaryzmu, państwa socjalnego lub w skrajnych przypadkach socjalistyczno-dyktatorskiego, jednak cel jest zawsze ten sam - zachowanie istniejących struktur.

Jednak nie zmienia to faktu, że tradycyjna gospodarka oparta na pieniądzu powoli odchodzi do przeszłości.


Podstawą nowej gospodarki jest kapitał intelektualny, różniący się od poprzedniego tym, że jego zdobycie wymaga czasu, a wartość zależy od tego, kto go posiada.


Praca i bezrobocie


W okresie wczesnego kapitalizmu istniało duże zapotrzebowanie na pracowników fizycznych. Miliony ludzi ze wsi emigrowało do miast, a wczesnokapitalistyczny przemysł wchłaniał ich i 'przerabiał' na robotników. Dobrze zorganizowana praca fizyczna milionów ludzi stała się podstawą gospodarki. Swoje apogeum system osiągnął po wprowadzeniu linii produkcyjnych. Jednak stopniowo praca fizyczna była zastępowana przez maszyny. Przemysł pełnił dalej kluczową rolę w gospodarce, ale nie potrzebował takiej ilości ludzi. Pojawił się problem bezrobocia. Zatrudnienie w przemyśle systematycznie spada. Nazywa się to procesem odprzemysłowienia. W krajach o rozwiniętych gospodarkach 70-80 % wszystkich zatrudnionych pracuje w usługach. Jednak dla wielu rządów i wspomagających ich ekonomistów odprzemysłowienie jawi się nie jako naturalny proces rozwoju, ale klęska, której za wszelką cenę należy uniknąć.

Pokazuje to w jaskrawy sposób jak XIX-wieczna wizja gospodarki opartej na przemyśle nie przystaje do rzeczywistości. Dawniej bezrobocie zmieniało się wraz ze zmianami koniunktury w przemyśle, teraz pojawił się problem bezrobocia strukturalnego, wynikającego ze złej struktury gospodarki. Bezrobocie strukturalne jest odporne na różnego rodzaju zabiegi mające na celu 'ożywienie' gospodarki, na przykład manipulowanie wartością pieniądza, dlatego że tych ludzi po prostu nikt nie potrzebuje !!! Firmy produkcyjne, czyli 'drukarnie', raczej inwestują w maszyny niż nowych pracowników (zresztą, jak już wspomnieliśmy, 'drukarze' nie mają zbyt silnej pozycji finansowej), natomiast 'wydawcy' potrzebują 'poszukiwaczy', a nie 'pomocnika drukarza'.

W efekcie gwałtownie rośnie zapotrzebowanie na opiekę socjalną, a na to potrzeba środków finansowych. A więc państwo zaczyna szukać ich w obszarach, które jeszcze przynoszą zyski, tym samym skutecznie hamując ich rozwój i zamykając w pułapce bezrobotnych 'pomocników drukarza'.

I tak, desperacka próba zachowania istniejącego porządku, przeprowadzona wspólnymi siłami monetarystów i wyznawców państwa opiekuńczego, doprowadziła do katastrofy. Większość środków zmarnowano na walkę z wiatrakami, czyli utrzymanie 'starego porządku'. Przypomina to okres agonii Cesarstwa Rzymskiego, gdzie wolni obywatele byli zmuszeni sprzedawać się w niewolę, aby spłacić podatki wobec Cesarstwa.


Jak zatem uniknąć katastrofy? Czy kryzys 'śmierci kapitalizmu' jest nieunikniony?


Kryzysy duże i małe


Kryzysy gospodarcze i na przykład trzęsienia ziemi mogą być opisane tym samym modelem matematycznym, tzw. 'Self-organized criticality'. Według tego modelu, energia może być wyzwolona w jednym silnym trzęsieniu ziemi lub serii mniejszych, ale częściej występujących trzęsień. Podobnie jest w przypadku kryzysów na rynkach finansowych. Możemy mieć do czynienia z serią niewielkich, ale częstszych 'załamań' rynku, lub z dużym kryzysem występującym jednak znacznie rzadziej.

Rządy państw, w imię zachowania tzw. 'równowagi gospodarczej', często bardzo skutecznie zapobiegają mniejszym kryzysom, a tym samym przyczyniają się do powstania dużych kryzysów. Kryzysów finansowych nie można uniknąć, podobnie jak nie można uniknąć trzęsień ziemi. Jednym problemem jest to, czy 'nagromadzona energia' wyzwoli się w serii mniejszych wstrząsów, czy też w jednym katastroficznym tąpnięciu. Politycy i ekonomiści swoimi 'regulacjami' doprowadzili do takiej samej sytuacji, jak hydrolodzy 'regulujący' rzeki. Zamiast mniejszych powodzi co roku na wiosnę mamy katastrofalne powodzie raz na kilka lat.

Jak widać próby wdrożenia 'naturalnej' zasady równowagi gospodarczej doprowadziły nas do katastrofy.

Jaka jest zatem 'odpowiedź' nowej ekonomii?

Paradoksalnie nowa ekonomia nie jest jakąś odmianą liberalizmu gospodarczego. Liberalizm w czystym wydaniu doprowadza szybko do 'paradoksu ogrodnika', który zasiał, podlał, użyźnił i ... wyrosły chwasty, bo nie pielił!! Podobnie jest w Polsce, gdzie na początku transformacji wprowadzono klinicznie czyste (jak się wydawało) reguły XIX wiecznego liberalnego kapitalizmu. I jak widać wyrosły chwasty. A przecież każde dziecko wie, że chwasty rosną szybciej i trzeba je pielić. Niestety, w Polsce nie zastosowano na czas odpowiednich 'środków ochrony roślin' .

Nowa ekonomia dostarcza odpowiedzi na postawione wyżej pytania, jednak nie takiej, jakbyśmy się spodziewali.

Po pierwsze, nie próbuje 'modyfikować' naturalnych procesów gospodarczych. Każdy organizm gospodarczy składa się z ludzi i organizacji ludzi. Ludzie jak i organizacje podlegają procesom życiowym, takim jak rodzenie się, wzrost, dojrzałość i umieranie. Ponadto ludzie posiadają wolną wolę, a więc ich decyzje nie są do końca przewidywalne. A 'rynek' to właśnie ludzie i ich organizacje. Czyli rynek jest zmienny i nieprzewidywalny. Nowa ekonomia nie próbuje ingerować w tę podstawową cechę ani jej zmieniać. Chce tylko ją wykorzystać. To tak jak z pływaniem na desce surfingowej. Surfer nie ma wpływu na kierunek i wysokość fali, ale może je wykorzystać, zależnie od swoich umiejętności, do osiągnięcia odpowiedniej prędkości w pływaniu na fali. Podobnie jest z gospodarką. Firmy 'surfujące' na jej falach osiągają wyniki zależnie od umiejętności swoich menedżerów, ale nie mogą zmienić kierunku i wysokości fal. Próby regulacji fal z góry skazane są na niepowodzenie. Klasyczna ekonomia jest daleka od tego opisu, preferując raczej model 'równowagi gospodarczej'. Problem w tym, że nigdzie w populacjach żywych organizmów taka równowaga nie występuje. Równowaga może, pod pewnymi warunkami, występować w przyrodzie nieożywionej, jednak, z definicji, są to układy martwe. Osiągnięcie równowagi oznacza śmierć. W praktyce możemy obserwować proces umierania krajów skazanych na 'naukowe ustroje sprawiedliwości (równowagi) społecznej'.

Co zatem powinien robić nasz surfer, aby nie utonąć? Bacznie obserwować kierunek i szybkość nadchodzącej fali i starać się na niej utrzymać. Dokładnie to samo robią efektywne firmy nowej gospodarki. Dostosowują swoją ofertę do ciągle zmieniających się potrzeb rynku. Aby utrzymać się na fali, muszą zatrudniać dobrych ,poszukiwaczy', którzy potrafią dobrze ocenić kierunek i siłę nadchodzącej fali. A jaka jest rola rządu? Czy ma pełnić tylko rolę ratownika wyciągającego z wody i reanimującego topielców oraz zbierającego opłaty (tak, opłaty to podstawowy obowiązek ratownika!!) za wstęp na plażę?? Bynajmniej. Ratownik, ze swojego wysokiego stanowiska widzi więcej i ma obowiązek ostrzegać surferów przed zbliżającym się zagrożeniem. Może wywiesić flagę, krzyknąć w megafon lub osobiście zmusić ryzykanta do wyjścia z wody. Dobry ratownik nigdy nie musi ratować topielca, gdyż w porę umie dostrzec niebezpieczeństwo. I to jest zadanie Państwa. Nie jakaś idiotyczna 'regulacja' rynków i decydowanie, kto, co, gdzie i kiedy, ale umiejętność przewidywania zagrożeń i niebezpieczeństw. W tym modelu Państwo nie jest nadzorcą rynku, ale opiekunem zarówno obywateli, jaki i firm działających na rynku. Wysoka pozycja jaką zajmują urzędnicy państwowi powinna im umożliwić lepszą ocenę rozwoju sytuacji niż firmom zajętym 'surfowaniem'. To zadaniem Państwa jest określanie odpowiednich strategii gospodarczych, które wyznaczą kierunki działania zgodne z kierunkiem fal. Nie ma to nic wspólnego z polityką liberalną typu 'rynek sam rozwiąże wszystkie problemy' lub, co gorsza, polityką neo-socjalistów, którzy obiecują wprowadzenie kontroli kierunku i wysokości fal (na razie ograniczyli się do corocznej zmiany czasu).


Firmy duże i małe


Według reguł klasycznego liberalizmu Państwo nie powinno zajmować się gospodarką, gdyż organizacje państwowe są mniej wydajne niż organizacje prywatne, wykonujące te same zadania. Tak więc, należy prywatyzować co tylko się da, a Państwu zostawić tylko te zadania, które nie mogą być powierzone organizacjom prywatnym. Paradoksalnie, ideologie socjalistyczne wychodzą z tego samego założenia - prywatne firmy są bardziej wydajne, jednak generują niepożądane nierówności społeczne. Wniosek: należy ograniczyć działalność organizacji prywatnych do niezbędnego minimum, natomiast wszędzie, gdzie jest to możliwe, należy wprowadzić kontrolę Państwa. Oczywiście zakres 'ograniczania' działalności organizacji prywatnych lub państwowych zależy od konkretnej realizacji wizji socjalistycznej lub liberalnej, jednak zasada pozostaje ta sama.

W zasadzie nikt nie kwestionuje postawionych tez: 'Organizacje prywatne są bardziej wydajne' i 'Liberalizm gospodarczy automatycznie tworzy nierówności społeczne'. Różnica polega na ocenie 'moralnej'.

Od razu nasuwają się dwa zasadnicze pytania: Czy tezy te są prawdziwe oraz czy ocena 'moralna' ma jakikolwiek sens?

Na początek spróbujmy odpowiedzieć na pierwsze pytanie. Sformułujemy je w sposób bardziej ogólny: Czy forma własności ma wpływ na wydajność firmy? Odpowiedź wydaje się oczywista. Prywatne jest bardziej wydajne niż państwowe. Jednak w rzeczywistości mamy wiele różnych form własności, od jednoosobowej działalności gospodarczej po duże spółki publiczne. Jak wiemy z praktyki, liczba afer z udziałem dużych spółek giełdowych jest często nie mniejsza niż ta z udziałem firm państwowych. W tym momencie odzywają się zwolennicy tzw. 'społecznej (??) gospodarki rynkowej'. Sprzedają tezę, którą można określić jako 'małe jest piękne'. Według nich Państwo powinno wspierać małe rodzinne firmy i ściśle kontrolować duże przedsiębiorstwa prywatne. Przypomina to trochę filozofię 'schyłkowego' PRL'u, jednak nie przybliża nas ani na krok do odpowiedzi na postawione pytania.

W wolnych gospodarkach proces powstawania dużych firm oznacza stopniowe oddzielanie własności od zarządu firmą. W końcu powstaje spółka giełdowa, której właścicielami mogą być setki tysięcy akcjonariuszy, zarządzana przez wynajętych menedżerów. Podobnie działają firmy państwowe, z tą różnicą, że 'akcjonariuszami' są wszyscy obywatele, a 'zarząd spółki' jest wybierany w wolnych wyborach. Jak widać, to nie forma własności jest powodem kłopotów dużych organizacji, ale ich wielkość. Państwo jest bardzo dużą organizacją i w dodatku 'monopolistą', w związku z tym, organizacje państwowe mają te same problemy co ogromne koncerny prywatne działające jako monopoliści. Nie muszą być konkurencyjne, bo konkurencji nie ma, natomiast ich wielkość umożliwia 'szantażowanie' potencjalnych klientów.

Tak więc odpowiedź na pierwsze pytanie jest negatywna: forma własności nie wpływa na efektywność organizacji. To że firmy prywatne są bardziej efektywne wynika z ich wielkości; nawet bardzo duża firma prywatna jest mała w porównaniu z Państwem jako całością.

Czy zatem prawdziwa jest teza, że 'małe jest piękne'. Niekoniecznie. Pewne zadania mogą wykonać tylko duże organizacje. Tak jak pewnych zadań Państwa nie mogą przejąć duże prywatne firmy, tak też w wielu wypadkach małe firmy nie zastąpią dużych koncernów. Równowagi, pomiędzy dużymi i małymi nie można wymusić za pomocą restrykcyjnej polityki Państwa, jak chcą tego zwolennicy 'społecznej gospodarki rynkowej', a poprzez przestrzeganie zasad zdrowej (czytaj sprawiedliwej) konkurencji. W dobrze 'naoliwionej' gospodarce rynkowej w sprawiedliwym Państwie to nie Urząd skarbowy, ale Urząd antymonopolowy powinien wzbudzać respekt firm grających na rynku. Oceny moralne lub działania administracyjne Państwa nigdy nie zastąpią reguł zdrowej konkurencji, które wymuszają stałe dostosowywanie działań organizacji do zmiennych potrzeb rynku. Jednak, istnieje zbyt duża pokusa, aby te reguły łamać. I tu niezbędny jest nadzór Państwa. Ocena 'moralna' dotyczy przestrzegania reguł a nie samych reguł. I dlatego odpowiedź na drugie pytanie też jest negatywna.


 

Notka o autorze