|
|
|||||
|
|
|||||
|
Grudzień 2001 |
Polska droga do stagflacji |
|
|
|
|
|
Krzysztof Wyrzykowski |
|
|
|
|
|
Ostatnio przez polską prasę przetoczyła się dyskusja na temat polityki monetarnej. Jedni byli za obniżaniem stóp procentowych, inni, strasząc niebezpieczeństwem inflacji, bronili polityki drogiego pieniądza. W wyniku katastrofalnego stanu finansów publicznych zwiększane są podatki, co niewątpliwie przyczynia się do hamowania rozwoju gospodarki. RPP straszy możliwością wzrostu inflacji w przypadku zbyt szybkiego obniżania stóp procentowych. Tak naprawdę jest to obawa przed wywołaniem kryzysu walutowego, spowodowanego gwałtownym wycofaniem kapitału spekulacyjnego. Rząd nalega na obniżkę stóp, ostrzega przed recesją i w konsekwencji jeszcze większym bezrobociem. Innymi słowy, albo szybszy wzrost gospodarczy kosztem większej inflacji, albo odwrotnie: spowolnienie tempa wzrostu, za to mniejsza inflacja. Taki prosty, akademicki obraz polskiej gospodarki prezentują politycy, ekonomiści i media. A może i jedna, i druga strona ma rację? Niewykluczone, że obydwa zagrożenia są równie realne. W krainie Stagflacji Stagflacja nie jest krainą szczęśliwą. Charakteryzuje ją występowanie równocześnie recesji i inflacji. Stagflacja pojawiła się w USA w latach 70. Wcześniej powszechne było przekonanie, że recesja i inflacja nie mogą występować równocześnie. Gospodarka USA znalazła się wtedy w ślepym zaułku. Następstwa kryzysu paliwowego doprowadziły do upadku wielu firm. Te, które miały silną pozycję na rynku, podniosły ceny, aby zrekompensować zmniejszenie zysków. Gospodarka zwalniała, ale jednocześnie zmniejszała się konkurencja. Ceny rosły. W następnej dekadzie republikanie poradzili sobie z problemami gospodarczymi i o stagflacji zapomniano. Ostatnio pojawiły się ostrzeżenia o stagflacji. 'Wall Street Journal' w lutym tego roku zamieścił artykuł, w którym autor, powołując się na opinie wielu ekonomistów, twierdzi, że gospodarce USA zagraża stagflacja. Co prawda większość ekonomistów ignoruje problem, jednak energiczne działania Urzędu Rezerw Federalnych mające na celu pobudzenie gospodarki wskazują, że pojawiły się poważne problemy. Czy może być to ostrzeżeniem dla Polski? Czy Polsce zagraża stagflacja? Po 1989 r. intensywnie prywatyzowano państwowe firmy. Jednak wiele z nich, będących monopolistami z urzędu w okresie PRL, zachowało dominującą pozycję na rynku, a nawet ją umocniło dzięki zagranicznym inwestorom. Konkurencja, nawet jeśli powstała, była słaba. Przykładem jest rynek telekomunikacyjny. Monopoliści nic sobie nie robią z wysokich kosztów kredytu. Ich bankiem są klienci; jeśli trzeba, to po prostu podnoszą ceny. Scenariusz do złudzenia przypomina czasy stagflacji w USA. Drugim silnie inflacjogennym czynnikiem jest powszechna korupcja. Wprawdzie politycy oficjalnie wyrażają się z oburzeniem o 'przypadkach pobierania korzyści majątkowych przez osoby piastujące wysokie stanowiska', jednak ich zachowania wskazują na to, iż uważają, że tak naprawdę jest to walka z wiatrakami. Generalnie korupcja jest traktowana wyłącznie w kategoriach moralnych. Nie jest to słuszne. Fakt, że poprzez poparcie skorumpowanych urzędników jedne firmy uzyskują przewagę nad innymi, jest potężnym ciosem w wolną konkurencję i tym samym czynnikiem inflacjogennym. Oczywiste jest, że uprzywilejowana firma nie tylko wliczy w koszty ewentualną łapówkę, ale podniesie ceny znacznie powyżej poziomu cen konkurencji. Dobrym przykładem może być Nowy Jork. Po zlikwidowaniu wpływów mafii w różnych sektorach gospodarki komunalnej ceny spadły o 40 proc.! Polska znajduje się w szczególnej sytuacji, gdyż państwo w dalszym ciągu jest największym pracodawcą i źródłem zarobku dla wielu firm. Korupcja urzędników jest więc potężnym czynnikiem inflacjogennym, niezależnym od polityki monetarnej. Czyżby polska gospodarka znalazła się w ślepym zaułku? Co jest źródłem jej słabości? Gdzie jest lokomotywa Gospodarki krajów komunistycznych nie były innowacyjne, ponieważ nie działały mechanizmy rynku. Rozwijano głównie tradycyjne dziedziny przemysłu. Budowano huty, kopalnie, stocznie, fabryki traktorów itp. Proces inwestycyjny trwał długo i raz rozpoczęty żył własnym życiem. Dobrym przykładem są Polskie Nagrania. Największą w Europie tłocznię czarnych płyt budowano tak długo, aż sam produkt 'zmarł' przed ukończeniem inwestycji. Te socjalistyczne fabryki nawet po sprywatyzowaniu nie mogły przynosić dużych zysków, gdyż w większości działały na dojrzałych, konkurencyjnych rynkach lub na rynkach w fazie spadku. Polskie firmy w niewielkim stopniu są obecne na szybko rozwijających się rynkach nowych technologii. Polski rynek wewnętrzny jest za mały dla tego typu firm. Zagraniczne firmy inwestują w Polsce w większości z myślą o sprzedaży na polskim rynku. Natomiast znaczny, na przykład 10 proc. wzrost gospodarczy może zapewnić tylko duży eksport. Przy takim tempie wzrostu moglibyśmy osiągnąć średni poziom UE po ok. 15 latach (obliczenia można przeprowadzić za pomocą kalkulatora dostępnego na naszych stronach internetowych ). Wydawało się, że polityka prywatyzacji i szybkie wejście do Unii Europejskiej rozwiążą wszystkie problemy. Nie zauważono, że sama tylko zmiana formy własności niewiele pomoże, jeśli firma obsługuje mało dochodowe rynki. Natomiast duże dotacje z Unii Europejskiej pozostają w sferze marzeń. W efekcie kosztowna transformacja gospodarki przyniosła mizerne efekty. Polska w dalszym ciągu nie ma lokomotywy wzrostu gospodarczego. Wyremontowano wprawdzie wiele wagonów (w tym salonki dla wysokich urzędników), ale bez lokomotywy pociąg dalej nie pojedzie. Stagflacja wcześnie wykryta jest uleczalna Polska gospodarka znalazła się w patowej sytuacji. Aby znaleźć rozwiązanie, zwróćmy się do klasyków zarządzania. Michael Porter w książce 'The Competitive Advantage of Nations' wymienia cztery sposoby uzyskania przez dane państwo przewagi konkurencyjnej. Pierwszy, najprostszy, to wykorzystanie naturalnej przewagi, wynikającej na przykład z określonego położenia geograficznego, taniej siły roboczej, zasobów naturalnych. W przypadku Polski nie stanowi on gwarancji sukcesu. Z pewnością znajdzie się wiele krajów o lepszym położeniu geograficznym czy tańszej sile roboczej. Drugi sposób to forsowne inwestycje. Przykład Korei wskazuje jednak, że tego typu strategia nie musi prowadzić do sukcesu. Ponadto nie wydaje się, aby Polska była w stanie przyciągnąć odpowiednio duży kapitał. Kolejny z czterech wymienionych sposobów to rozwój napędzany zgromadzonym bogactwem. W przypadku naszego kraju nie znajduje on zastosowania. Ostatni sposób, polegający na osiągnięciu przewagi poprzez innowacyjność gospodarki, może być interesujący. Nie dotyczy to wyłącznie technologii high-tech, ale wszystkich nowych i szybko rozwijających się rynków. Mogą to być na przykład nowe, innowacyjne rozwiązania w dziedzinie usług. Jeśli Polska uzyska silną, niekoniecznie dominującą pozycję na dwóch czy trzech segmentach rynku globalnego, wystarczy to, aby pociągnąć całą gospodarkę. Zadowolenie się małym udziałem w większej liczbie segmentów globalnych to nie to samo. Jednak ta nowa strategia wymaga innej niż obowiązująca filozofii gospodarki. Jest ona odległa od wizji tradycyjnej gospodarki, bliskiej zarówno związkowym opozycjonistom, jak i byłym partyjnym dyrektorom. Dla Polski nie ma innej alternatywy, jak szybki rozwój gospodarczy na miarę azjatyckich tygrysów. Powinniśmy raczej brać przykład z Tajwanu czy Hongkongu niż z krajów UE. Zachodnia Europa jest bogata i może pozwolić sobie nawet na utopijne eksperymenty, biedna Polska takich eksperymentów nie przeżyje. Nie wierzmy, że możliwy jest zrównoważony wolny rozwój przy minimalnych kosztach społecznych. Alternatywą jest stagflacja i ciężki kryzys gospodarczy. Problemy polskiej gospodarki nie wynikają tylko z nieudolnego zarządzania i braku kapitału (lub zbyt drogiego kapitału). Podstawowy problem to brak spójnej strategii gospodarczej. Słabość polskiej gospodarki wynika przede wszystkim z jej struktury. Aby ją zmienić, potrzeba dwóch czynników: zmian w otoczeniu gospodarki (prawo, podatki, koszt kapitału, korupcja itp.) oraz oraz dużej grupy odważnych i zdolnych przedsiębiorców. Ale to już inna historia. |
|
|